Obecne prawo autorskie jest niedostosowanie do realiów XXI-wieku. Korzystają na nim najwięksi monopoliści, tracą twórcy, niezależne podmioty i kultura. Pora, aby YouTube czy Facebook wzięły na siebie część odpowiedzialności za to, co publikują

Choć termin „dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym” dla wielu internautów brzmi abstrakcyjnie, a dla niektórych nawet groźnie, nie ma on nic wspólnego z ACTA, ani żadną inicjatywą, której celem jest odebranie wolności w mediach społecznościowych na rzecz większej władzy instytucji europejskich. Nazywanie go kolejną wersją tej zaniechanej inicjatywy jest przejawem świadomych działań dezinformacyjnych, inspirowanych przez gigantów internetowych.

Celem dyrektywy – poza dopasowaniem unijnego prawa autorskiego do wyzwań cyfrowych – jest przede wszystkim wyraźne objęcie platform internetowych powszechnie obowiązującymi przepisami prawa autorskiego. Chodzi tu m.in. o obowiązek uzyskiwania licencji na korzystanie z utworów objętych ochroną prawa autorskiego, a co za tym idzie – koniecznością wypłaty wynagrodzeń autorskich twórcom. I tutaj, z perspektywy brutalnej gry o własne interesy gigantów z Doliny Krzemowej, zaczyna się problem. Google czy Facebook będą się bowiem musieli podzielić swoimi niebotycznymi zyskami.

Dyrektywa nie nakłada bowiem żadnych nowych obowiązków czy opłat na konsumentów, a jedynie próbuje wprowadzić w internecie normalne, stosowane na innych polach eksploatacji, zasady korzystania z twórczości. O jakiej skali zjawiska mówimy? Niech w tej sprawie przemówią najlepiej działające na wyobraźnie liczby. Już na przykładzie największego serwisu, w którym treści umieszczane są w większości przez konsumentów/ użytkowników końcowych („User-Generated- Content”), to jest YouTube, widać ogromne dysproporcje. O ile przychody generowane przez reklamy przysporzą – zdaniem Colina Sebastiana, analityka R.W. Baird – Youtube 15 miliardów dolarów w 2018 roku, to wynagrodzenia autorskie wypłacone w tym samym czasie będą zbliżone do poziomu roku ubiegłego, czyli 200 milionów dolarów. Zatem, platforma internetowa, której konsumenci w 60 procentach korzystają z niej dla dostępu do wideoklipów, dzieli się z twórcami jedynie 1,33 procenta swojego przychodu reklamowego. Zgodnie z zachowawczymi wyliczeniami profesora Stana Leibovitza z University of Texas w Dallas, straty twórców z tego tytułu, to co najmniej 1,5 miliarda dolarów rocznie. I są to szacunki dotyczące zaledwie jednego serwisu internetowego, YouTube.

Właśnie ze względu na przepaść pomiędzy zyskami platform a stratami twórców, podstawowym celem projektu Komisji Europejskiej stało się zminimalizowanie szkodliwych dla rozwoju kultury dysproporcji. Służy do tego artykuł 13 dokumentu, który ma zobowiązywać platformy internetowe do zawierania umów z autorami lub reprezentującymi ich organizacjami, aby mogli oni otrzymać godziwe wynagrodzenie za udostępnianie ich treści w internecie. W tym sensie nikt nikogo do niczego nie przymusza. Platforma internetowa będzie mogła zatem wybrać, czy chce korzystać z treści objętych ochroną praw autorskich i podpisać umowę z organizacją zbiorowego zarządzania, reprezentującą autorów, z których utworów platforma korzysta. Może jednak wybrać taką swobodę funkcjonowania, w której nie chce korzystać z utworów objętych ochroną prawno-autorską.

Prawo, w interesie odbiorców usług internetowych, musi się jednak zmienić na bardziej odpowiadające rzeczywistości drugiej dekady XXI-wieku. Bowiem 66 procent ankietowanych Europejczyków twierdzi, iż platformy internetowe w niewystarczającym stopniu dzielą się swoimi zyskami z twórcami, a jednocześnie 87 procent respondentów w UE popiera dyrektywę wzmacniającą ochronę praw twórców. Przestarzała idea klauzuli „bezpiecznej przystani” pozwala na zwolnienie z odpowiedzialności za treści umieszczone w serwisie internetowym podmiotu, który w teorii funkcjonował tylko jako techniczny pośrednik, udostępniający miejsce i technologię dla przechowywania i dostępu do tych materiałów, nie mający równocześnie wpływu ani kontroli nad tym, co konsument tam umieszcza. Obecnie charakter tych platform zasadniczo się różni – chociażby dlatego, że serwisy internetowe stosują algorytmy, które uzależniają cały ruch reklam na platformie od tego, jaka treść im towarzyszy. To generuje ogromne zyski po stronie serwisów, ale nie po stronie wynagrodzeń wypłacanych autorom.

Bez wynagrodzeń oraz pozytywnej motywacji do tworzenia, trudno oczekiwać, że ktoś będzie angażował swój czas i energię, by dostarczać efektów w postaci dzieł artystycznych. A bez dobrych treści, współczesny Internet jest martwy. I to jest dzisiaj największe zagrożenie dla jego wolności.