Unia czyha na twoją wolność, a lada dzień YouTube przestanie funkcjonować, bo europarlamentarzyści wprowadzą „drugie ACTA”? Największe koncerny chcą, żebyście w to wierzyli. I płacą miliony dolarów, aby ukryć prawdę

Czy to możliwe, aby technologiczni giganci tacy jak Google czy Facebook stali za kampanią lobbingową kłamliwie dyskredytującą nowe prawo unijne, które nakłada na nich obowiązek dzielenia się zyskami z twórcami, których dzieła publikują? Jak na łamach prestiżowego magazynu POLITICO przekonuje Jean-Noël Tronc, dyrektor generalny SACEM, francuskiego Stowarzyszenia Autorów, Kompozytorów i Wydawców Muzyki – to możliwy scenariusz. – W obliczu głosowania nad nową unijną Dyrektywą ws. prawa autorskiego musimy zrozumieć, że dominacja internetowych gigantów stanowi zagrożenie dla naszej demokracji – przestrzega.

Jak przekonuje w swoim felietonie Tronc, kluczem do uświadomienia sobie stawki, o którą toczy się gra między wydawcami a twórcami, jest zrozumienie jak wielką władzę posiadają firmy internetowe w UE. Na dowód podaje przemawiające do wyobraźni liczby, wymienia również konkretne podmioty zaangażowane w proces lobbingu. – Sam Google przeznacza 5,5 miliona euro na działania lobbingowe w środowisku eurodeputowanych. Do tej sumy należy dodać budżety innych gigantów z USA, którzy często chowają się za agencjami lobbingowymi, takimi jak CCIA, C4C i OpenMediao. Ich siła w połączeniu z polityczną manipulacją stosowaną przez organizacje tzw. hacktiwistów, wspieranych przez Partię Piratów, która przecież powinna stać w opozycji do internetowych potęg, stanowi idealne zaplecze do przeprowadzania cynicznej, aczkolwiek skutecznej kampanii przeciwko regulacji Internetu. Dowodem wytężonych działań firm z sektora Big Tech są nieustanne ataki wymierzane w Artykuły 11 i 13 procedowanej Dyrektywy – ujawnia dyrektor generalny SACEM.

Jednocześnie wskazuje on na hipokryzję m.in. Google, które „uznaje siebie za filar demokratycznego społeczeństwa” i „w oficjalnych komunikatach opowiada się po stronie artystów”, jednak w negocjacjach nad dyrektywą, która ma wyrównać szanse pomiędzy twórcami treści a platformami internetowymi, „korporacje pokazują swoją prawdziwą twarz”. Jak czytamy w POLITICO, takie podejście polega na unikaniu zobowiązań podatkowych, angażowaniu się w rozwój kultury i maksymalizację zysków kosztem osób, które dostarczają treści. „Badania opinii publicznej pokazują, że 2 na 3 Europejczyków uważa, że internetowe firmy posiadają większą władzę, niż Unia Europejska” – przypomina Jean-Noël Tronc.

Zdaniem francuza obywatele Unii muszą rozumieć, jak bronić się przed skalą propagandy generowanej przez internetowych gigantów, która zagraża podstawom demokracji. „Od czerwca br. posłowie Parlamentu Europejskiego otrzymali ok. 40 tys. automatycznie generowanych wiadomości, w których zarzucano im próbę "cenzurowania Internetu”. (…) Na potępienie zasługują także akcje sabotażystów na Wikipedii, gdzie strony eurodeputowanych, którzy popierali dyrektywę, zostały zmanipulowane. Ich decyzje przyrównano do nazistowskich zbrodni. (…) Giganci internetowi zdecydowali się również na bezpośrednie działania wobec europarlamentarzystów z krajów Europy Wschodniej, a konkretnie z Polski. 5 lipca 51 polskich członków Parlamentu Europejskiego na kilka godzin przed głosowaniem otrzymało wiadomość od liderów swoich partii z poleceniem odstąpienia od wspierania dyrektywy. Rezultat: żaden z 51 polskich eurodeputowanych nie głosował za zmianami” – to zdaniem szefa SACEM najbardziej jaskrawe przykłady technik wpływu i zaburzenia procesu głosowania i podejmowania suwerennych decyzji.

Aby zrozumieć, że nie są to oskarżenia rzucane na wiatr, POLITICO przywołuje przykłady śledzenia źródeł ruchu internetowego, utożsamiającego nową dyrektywę z „cenzurą sieci” i „ACTA2”. „Nie istnieją żadne masowe ruchy przeciwko zmianom w prawie autorskim na terenie UE, czego życzyłoby sobie Google i spółka” – czytamy. Dowód? Badania pokazują, że 18,2% publikacji medialnych i aktywności na platformach społecznościowych nawiązujących do dyrektywy pochodzi z Doliny Krzemowej, co sprawia, że „Kalifornia stanowi jakby drugi kraj europejski’ zainteresowany zmianą przepisów dot. praw autorskich w UE”. Pierwsze w tym zestawieniu są Niemcy z wynikiem 18,8%, co może być rezultatem kampanii prowadzonej przez Julia Reda z Partii Piratów.

Co w takim razie z realnym poparciem społecznym i obawami przed dyrektywą, która ma chronić twórców? – Znamiennym przykładem braku poparcia strony społecznej dla platform internetowych był niedawny apel Partii Piratów, by 26 sierpnia 2018 r. “stanąć w silę miliona osób przeciwko cenzurze Internetu" na ulicach jedenastu europejskich stolic. W wyznaczonych miejscach zameldowało się ok. 750 osób, co pokazało dobitnie, że fałszywych kont na Facebooku nie można zmusić do maszerowania w proteście – podsumowuje swój wywód szef francuskiego Stowarzyszenia Autorów, Kompozytorów i Wydawców Muzyki. Podobnie niska frekwencja na protestach występowała również w Polsce.

Link do pełnej treści artykułu: https://wiadomosci.onet.pl/swiat/czy-europejska-demokracja-jest-na-sprzedaz-korporacjom-internetowym/72wng1v