Google i Facebook prowadzą obecnie ogromną kampanię manipulacji. Bitwa o „wolność internetu” to w rzeczywistości spór o wysokość ich przychodów, bez dzielenia się nimi z twórcami, na których się zarabia. Jak mówi Stanisław Trzciński w serwisie NaTemat – „nie możemy dać sobie robić wody z mózgu, walcząc z nową dyrektywą UE”, szczególnie że największe spółki medialne wydają miliony dolarów na lobbing w instytucjach Europejskich

Największe światowe korporacje internetowe, które generują przychody rzędu miliardów dolarów rocznie, zrobią wszystko, aby przeciętny użytkownik poczuł się zagrożony nowym prawem unijnym, którego celem jest uregulowanie chaotycznego i korzystnego dla monopolistów sposobu rozliczania się z twórcami treści. Taką tezę stawia w swoim obszernym artykule na łamach portalu NaTemat Stanisław Trzciński, który twierdzi, że z punktu widzenia przeciętnego internauty, dotychczasowy stan rzeczy nie ulegnie zmianie, natomiast „jedynie osoby i firmy zarabiające na cudzej twórczości bez opłat – mogą nie lubić nowego prawa”. Dlaczego? Ponieważ do tej pory Dolina Krzemowa udawała, że problem nie istnieje, a „Youtube robił łaskę płacąc coś symbolicznie, bo wizerunkowo opłacały się pozorne działania, Facebook i wielu innych – nie płacili nic, bo prawo było dziurawe”.

W epoce powstawania pierwszych serwisów społecznościowych i platform, które udostępniały np. kontent wideo, nikt nie spodziewał się, w jakiej rewolucji będziemy uczestniczyć, i jaką skalę będą posiadały agregaty redystrybucji treści, generujące miliardy odsłon miesięcznie. Wielu osobom, z prezesami tych firm na czele wydawało się, że ten stan rzeczy będzie istniał wiecznie. – Dawno, ponad 100 lat temu, pierwsze popularne radiostacje nie płaciły tantiem autorskich za nadawane u siebie treści, mówiąc to jest dla was promocja. Dzisiaj portale z Doliny Krzemowej mówią „to nie nasze, to naszych użytkowników” – przekonuje Trzciński. Taki sposób argumentacji jest oczywiście wygodny dla tego, kto czerpie korzyści, a nie musi ponosić proporcjonalnych kosztów i partycypować w ich produkcji. W końcu Instagram, Facebook, Twitter czy YouTube pełne są rysunków, tekstów, filmików i animacji, które ktoś komuś ukradł, a autor nie tylko nie partycypował w zyskach, ale również został „wymazany” w postprodukcji jako prawowity właściciel.

– Parlament Europejski obecnie proceduje dyrektywę w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Artykuł 13 tegoż projektu wzbudził kontrowersje, bo uderza w wielki biznes. Walka UE z Doliną Krzemową – o respektowanie praw autorskich – prowadzona od 2016 roku, wchodzi obecnie w decydującą fazę – przekonuje Stanisław Trzciński, który jednocześnie przestrzega przed brutalną walką, którą koncerny podejmują w obronie swoich interesów. Jak przekonuje, codziennie dostrzega on wzmożoną aktywność farm trolli „rozsiewających fałszywe, po częstokroć agresywne oskarżenia pod wieloma informacjami o Artykule 13 (w Polsce np. na stronie ZAiKS na Facebooku). Powtarza się w nich plotkę o rzekomym potężnym lobby koncernu Axel Springer i kilku innych wydawców europejskich oraz ciska inwektywy pod adresem twórców, nazywając ich grajkami i grafomanami”. Co istotne, na dowiedzenie podobnego stanu rzeczy istnieją poważne dowody. Jak 3 lipca 2018 r. informował magazyn Billboard w artykule „Music Chiefs Slam Google Lobbying Spend Ahead Of EU Copyright Vote” – „Google wydało ponad 31 milionów euro (36 milionów dolarów) na lobbing w Parlamencie Europejskim przeciwko zmianom w prawie autorskim”. Takie wyliczenia podała organizacja UK Music. Dane pochodzą z rejestru Unii Europejskiej dotyczącego przejrzystości ( the European Union's Lobbying Transparency Register), który zsumował, że tylko w 2016 roku firma Google wydała bezpośrednio 5,5 miliona euro (6,5 miliona USD), próbując wpłynąć na decyzje dotyczące polityki za pośrednictwem co najmniej ośmiu firm doradczych. A gra toczy się o niebagatelne sumy, ponieważ, jak szacują eksperci, „dochody z praw autorskich, które pochodzą z artykułów prasowych, filmów i wszystkich treści udostępnianych przez europejskich twórców w internecie, na głównych platformach internetowych, szacowane są na 22 mld euro. Same prawa autorskie z mediów społecznościowych szacowane są na 4 mld euro”.

Zdaniem Stanisława Trzcińskiego, dzisiaj w interesie zarówno Unii Europejskiej, jak również Polski oraz samych artystów jest zaprezentowanie wyraźnego sprzeciwu wobec technik manipulacyjnych największych korporacji internetowych. Udało im się bowiem wprowadzić do obiegu publicznego określenie dyrektywy o prawach autorskich jako następcy kontrowersyjnego ACTA, choć w rzeczywistości unijne rozwiązania ani nie przełożą się na cenzurę, ani nie obciążą kosztami małych firm, jak i konsumentów treści. „Umowy licencyjne będą podpisywały wyłącznie duże, globalne korporacje, głównie amerykańskie – wyłącznie odprowadzając niewielką opłatę tylko od tego co zarabiają na reklamach z tytułu nieswojej treści”. Spór z twórcami i tradycyjnymi mediami toczy się zatem dzisiaj o wysokość przychodów Google i Facebooka, a nie o wolność i pluralizm internetu. „Ci którzy wspierają wielkie korporacje w starciu z narodowymi twórcami – nie wspierają polskiej kultury, za to umacniają nie poddane żadnej kontroli wielkie korporacje, które zarabiają na nie swoich treściach” – przekonuje Trzciński.

Link do pełnej treści artykułu: https://stanislawtrzcinski.natemat.pl/241889,jak-google-i-facebook-robia-nam-wode-z-mozgu-walczac-z-nowa-dyrektywa-ue