Zmasowana kampania lobbingowa, straszenie cenzurą internetu, kasowaniem memów i „końcem świata, jaki znamy”. Taki obraz po wprowadzeniu unijnej dyrektywy o prawach autorskich przedstawiają najwięksi gracze: Google i Facebook. Nic dziwnego – z obecnego stanu rzeczy czerpią kosmiczne zyski

Czym jest, przedstawiana przez wielkie korporacje jako „cenzura prewencyjna internetu”, opracowywana w unijnych instytucjach, nowa dyrektywa o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym? To pytanie, w kontekście populizmu szkodzącego debacie publicznej, postawił w „Tygodniku Powszechnym” Paweł Bravo. Jak twierdzi dziennikarz, cel działania europarlamentarzystów nie polega na „ograniczaniu pluralizmu debaty publicznej” – jak w swoich materiałach prasowych przedstawia to m.in. serwis YouTube, ale na podążaniu „w kierunku wzmocnienia obecnie słabej pozycji tych, którzy oryginalne treści tworzą, wobec dużych graczy, którzy czerpią zyski reklamowe z tego, że ich użytkownicy dzielą się owocem cudzej pracy kreatywnej”.

Według „Tygodnika Powszechnego”, nowe prawo unijne istotnie narusza interesy platform internetowych, które w obronie źródeł swoich przychodów „podjęły zmasowaną kampanię lobbingową i medialną”. Zarówno w jej efekcie, jak i w wyniku debaty publicznej, zapisy prawa autorskiego na jednolitym rynku cyfrowym zostały urealnione – tak, aby nie dotyczyły w tej samej mierze monopolistów oraz małych graczy, dopiero wchodzących na rynek. Mimo tego, głównie koncern Google, nie ustaje w wysiłkach, aby niemal całkowicie znieść obowiązek odpowiadania za przestrzeganie praw autorskich treści, które publikuje, i na których zarabia setki milionów dolarów rocznie.

„Procedowany obecnie dokument zawiera pewne mętne sformułowania i definicje niezgodne z resztą korpusu prawa unijnego. Należy nad nim pracować, aby wymuszał rozsądny kompromis i sprawiedliwe dzielenie się kawałkiem tortu reklamowego z twórcami, a niekoniecznie rzucał kłody pod nogi nowym firmom i projektom. Ale obecny raban z ‚podatkiem’ i ‚cenzurą’ służy tylko zagłuszeniu tych, którzy mogliby merytorycznie wymusić na brukselskich prawodawcach sensowne zmiany” – konkluduje Bravo. Pomimo zbliżenia się do owego kompromisu, serwis YouTube nadal informuje swoich użytkowników, że w wyniku dyrektywy będzie musiał masowo usuwać treści. O poszkodowanych twórcach, którzy nie otrzymują wynagrodzenia za ekspozycję własnych treści gigant z Doliny Krzemowej już nie wspomina.

Link do pełnej treści artykułu: https://www.tygodnikpowszechny.pl/dyrektywa-we-mgle-demagogii-153559